Renesans rękodzieła

Od kilku lat rękodzieło przeżywa swój renesans. Od początku lat 60 (w czasach PRL-u) prym w tej dziedzinie wiodła Cepelia, czyli Centrala Przemysłu Ludowego i Artystycznego, która miała monopol na rękodzieło.

Odwiedziny w Cepelii, były prawie jak zwiedzanie muzeum, ceny koszmarnie wysokie, mało kogo było wtedy stać na zakup tych oryginalnych produktów. Za to niosły ze sobą ogromny przypływ pozytywnych impulsów, emocji oraz płynącej z nich weny i inspiracji

Robienie na drutach, dzierganie na szydełku czy też szycie przez lata kojarzyło się nam ze starszymi paniami, w których świadomościach ciągle była żywa wizja pustych sklepowych półek i braku możliwości zakupu towaru. Z tego „przyzwyczajenia” wyrabiały one dla swoich wnuków sweterki, dziergały serwetki czy też obrusy.

Z początkiem lat 90 XX wieku w miarę napływu do Polski tanich chińskich wyrobów, rękodzieło zaczęło tracić na wartości. Jednak z czasem świadomość społeczeństwa się zwiększała, ludzie nabrali przekonania, że tzw. „chińszczyzna” to produkty o wątpliwej jakości i wyglądzie, a co za tym idzie zaczęli doceniać wyjątkowe przedmioty własnej produkcji. I dlatego obecnie mamy do czynienia z renesansem rękodzieła. Ludzie wolą kupić produkt droższy, ale za to wyjątkowy i nie mający nic wspólnego z zalewającą rynek masówką. Niejednokrotnie wykonany pod konkretne wytyczne, według wskazówek klienta, produkt zindywidualizowany i wyjątkowy.

W mojej rodzinie rękodzieło jest obecne od lat. Babcia posiadająca starą maszynę typu „Łucznik” /notabene, której obecnie jestem właścicielką/ ciągle coś szyła. Wyrabiała na drutach piękne bieżniki i serwetki i obdarowywała nimi całą rodzinę. Nie potrafiła bezczynnie oglądać telewizji, jej atrybutem były druty lub szydełko – taką ją pamiętam. Podobnie jest teraz z moją mamą – której piękne obrusy zdobią obecnie moje stoły, a wyszywane obrazy wiszą na moich ścianach.

No i my – córki – też posiadamy to we krwi. Choć czasy mamy inne, pracę w wielkich korporacjach to jednak tradycja i wartości przekazane w dzieciństwie wciąż dają o sobie znać. Od czasu do czasu ta „chęć” na stworzenie czegoś unikalnego i niepowtarzalnego wraca. Łapiemy wtedy za szydełko i tworzymy.  Miniaturowe maskotki, portmonetki, torebki czy też ubranka dla lalek. Tak dla lalek, bo właśnie one są naszą pasją. Bo lalki to wg. nas rodzaj nowoczesnej rozmowy ze sobą, sposób wyrażenia siebie. Zajmując się lalkami, zajmujemy się sobą.

Najpowszechniejszym miejscem rozwoju i promocji rękodzieła jest oczywiście internet. Jednak obecnie bardzo często można spotkać sklepiki, w których dostępne są wyroby „handmade”. Choć nie przypominają one peerelowskiej Cepelii to i tak klimat w takich butikach jest naprawdę wyjątkowy. Stąd te moje dzisiejsze dywagacje, bo ostatnio natrafiłam na jeden taki sklepik na Nowym Świecie w Warszawie. W dość niewielkiej powierzchni sklepowej zgromadzono całkiem pokaźną ilość materiałów „ręcznej roboty”. Są tam nie tylko biżuteria i ozdoby, ale również elementy dekoracyjne, ubrania i to co zrobiło na mnie największe wrażenie ręczne robione zabawki. Różnego typu maskotki, zwierzaki i lalki, szydełkowe, na drutach, filcowe, od naprawdę małych do tych o olbrzymich rozmiarach. Ich ceny sięgają nawet kilkuset złotych, ale za te walory estetyczne i artystyczny sznyt, które sobą reprezentują trzeba zapłacić odpowiednią cenę. Te produkty mają duszę, są niepowtarzalne i jedyne w swoim rodzaju. To wyroby powstałe z pasji i potrzeby piękna. To doskonały pomysł na unikalny i oryginalny prezent dla wyjątkowych i bardzo bliskich nam osób.

Advertisements